Zaczęło się od starszego brata, który trenował karate. Łukasz najpierw patrzył na niego z fascynacją przez szybę, aż w końcu sam trafił na salę. Kilkanaście lat później ma za sobą setki zawodów, ponad 150 miejsc na podium, zawodników z medalami mistrzostw świata i klub, który z niewielkiej grupy urósł do jednej z większych sportowych społeczności w Górze Kalwarii. Fighters Dojo to jednak nie tylko medale. Dla Łukasza najważniejsi są ludzie.
Starszy brat trenował, a on siedział i obserwował go przez szybę. W końcu sam dostał szansę wejścia na salę. Później wszystko potoczyło się już naturalnie. Kolejne treningi, stopnie, pierwsze starty i coraz większe zaangażowanie sprawiły, że karate przestało być zwykłą dziecięcą aktywnością. Szczególnie ważny okazał się dla niego okres około 15-16 roku życia. To wtedy, jak sam zauważa, młody człowiek często musi zdecydować, czy chce potraktować sport naprawdę poważnie, czy powoli z niego zrezygnować.
Łukasz wybrał pierwszą drogę.
Z czasem startował coraz częściej i na coraz większych imprezach. W swojej karierze zawodniczej pojawił się na około 300 zawodach – od niewielkich turniejów po mistrzostwa Europy. Ponad 150 razy stawał na podium, zdobywając medale zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Karate stało się dla Łukasza czymś więcej niż sportem. Z czasem stało się częścią jego codzienności i sposobem na życie.
Zawodnik, który został trenerem
Po latach treningów przyszedł jednak moment przerwy. Studia, przeprowadzka i brak możliwości dojazdów do rodzinnego klubu sprawiły, że Łukasz na jakiś czas odsunął karate na dalszy plan. Zajawka jednak została. Jeszcze przed przerwą zaczął pomagać przy prowadzeniu zajęć. Później pracował na siłowni, gdzie z czasem został menadżerem i zdobywał doświadczenie w pracy z zespołem. Wtedy nie wiedział jeszcze, jak bardzo przyda mu się to w przyszłości.
Na początku 2022 roku otrzymał propozycję prowadzenia Fighters Dojo. Klub liczył wtedy około 20-30 osób. Z jednej strony była to szansa, żeby wrócić do tego, co naprawdę chciał robić. Z drugiej – zupełnie nowa odpowiedzialność. Prowadzenie własnego klubu okazało się bowiem czymś znacznie większym niż samo prowadzenie treningów. Doszły księgowość, organizacja zawodów i obozów, transport, kontakt z rodzicami i szkołami, dokumenty oraz cała masa spraw, których wcześniej po prostu nie musiał brać na siebie.
– Pierwsze trzy miesiące to była katorga – mówi ze śmiechem. – Gościu się pyta: paragon czy faktura, a ja mówię: nie wiem, wybierz.
Musiał uczyć się w biegu. Pytał bardziej doświadczonych osób, korzystał z pomocy macierzystego klubu i krok po kroku poznawał wszystkie strony prowadzenia sportowego przedsięwzięcia. Jednocześnie próbował rozwijać Fighters Dojo po swojemu.
Z 30 do ponad 200 osób
Początkowo klub liczył około 30 osób, ale z czasem grupa zaczęła się powiększać. Pojawiały się kolejne sekcje w szkołach, coraz więcej dzieci trafiało na treningi, a wraz z nimi rosła również liczba zawodników startujących w zawodach. W szczytowym momencie Fighters Dojo liczyło około 240 osób. Za wzrostem liczby zawodników szybko poszły również wyniki. W pierwszym sezonie klub zdobył około 58 medali. W kolejnych latach ta liczba rosła, a obecnie średnio w ciągu pół roku zawodnicy zdobywają około 130 medali. Są jednak sukcesy, których nie da się sprowadzić do samej statystyki. Zawodnicy szkoleni przez Łukasza dotarli na mistrzostwa świata i stanęli tam na podium. Dla niego był to jeden z tych momentów, które zostają na długo.
– To, że ich nauczyłem, że są lepsi ode mnie… Ja się popłakałem ze szczęścia po tych zawodach – przyznaje.
I trudno się dziwić. Dla zawodnika medal jest efektem jego własnej pracy. Dla trenera sukces podopiecznego jest potwierdzeniem, że wszystkie godziny spędzone na sali, poprawianie błędów, rozmowy i wspólne treningi prowadziły do czegoś większego. A gdy podopieczny zachodzi dalej niż trener? Łukasza przepełniała olbrzymia duma.
Nie tylko dla przyszłych mistrzów
Choć wyniki zawodników są ważną częścią działalności Fighters Dojo, Łukasz nie chce, żeby karate kojarzyło się wyłącznie z zawodami i rywalizacją. W klubie trenują dzieci, młodzież i dorośli. Najmłodsi mają kilka lat, najstarsi są około sześćdziesiątki. Każda z tych grup potrzebuje trochę innego podejścia.
W przypadku najmłodszych karate często zaczyna się od rzeczy znacznie prostszych niż technika czy przygotowanie do zawodów. Jest dużo ruchu, zabawy, podstaw gimnastyki, koordynacji i ćwiczeń, które mają przede wszystkim pomóc dziecku lepiej poznać własne ciało.
– Im młodsze dziecko, tym robię mniej karate, a więcej sensoryki, żeby było sprawne, zwinne i elastyczne – tłumaczy Łukasz.
To właśnie rozwój fizyczny dzieci jest dla niego jednym z najważniejszych elementów pracy. Nie każde dziecko, które pojawi się na treningu, zostanie przecież zawodnikiem. Nie każdy będzie chciał startować w zawodach ani dążyć do czarnego pasa. I wcale nie musi. Jeżeli dzięki treningom dziecko zacznie lepiej się poruszać, nabierze pewności siebie, nauczy się współpracy i po prostu polubi aktywność fizyczną, dla trenera już jest to powód do satysfakcji.
Najważniejsza jest drużyna
W rozmowie z Łukaszem bardzo często wraca jeszcze jeden temat – relacje. Zależy mu, żeby Fighters Dojo nie było po prostu miejscem, do którego przychodzi się kilka razy w tygodniu na trening, a potem wychodzi do domu. Chce, żeby z czasem powstawała między zawodnikami prawdziwa więź – oparta na szacunku, wzajemnym wsparciu i poczuciu, że każdy jest częścią większej całości. Widać to szczególnie podczas zawodów. Dla Łukasza liczy się nie tylko wynik pojedynczej walki, ale też to, co dzieje się obok maty. Zawodnicy dopingują się nawzajem, przeżywają swoje starty i potrafią cieszyć się z sukcesów kolegów. Zależy mu, żeby wygrana jednej osoby była powodem do radości całej drużyny, a po porażce nikt nie zostawał sam.
Kiedy jedna osoba zaczyna nie wystarczać
Łukasz nie ukrywa, że ma ADHD i sam zauważa, że w prowadzeniu klubu potrafi ono działać w dwie strony. Z jednej strony daje mu mnóstwo energii, pomysłów i potrzebę ciągłego działania. Z drugiej sprawia, że czasami trudno mu się zatrzymać, a o odpoczynku nie ma mowy.
Przez kilka lat Fighters Dojo rozwijało się bardzo szybko. Dochodziły kolejne sekcje, zawody, obozy, wyjazdy i nowe pomysły, a Łukasz próbował być wszędzie tam, gdzie był potrzebny. Weekendy często oznaczały kolejne turnieje, a w tygodniu trzeba było znaleźć czas na treningi, spotkania, telefony, dokumenty i całą organizację stojącą za funkcjonowaniem klubu. Im większy stawał się Fighters Dojo, tym więcej rzeczy trafiało na jego barki. W pewnym momencie okazało się jednak, że nie da się w nieskończoność dokładać sobie kolejnych obowiązków. Łukasz musiał zwolnić i spojrzeć na klub z nieco innej perspektywy. Nie tylko przez pryzmat tego, co jeszcze można zrobić, ale też tego, czego nie trzeba już robić samemu.
To właśnie wtedy coraz wyraźniej zaczął myśleć o tym, jak podzielić odpowiedzialność i zbudować wokół siebie ludzi, którzy będą mogli przejąć część obowiązków. Bo jeśli Fighters Dojo ma się dalej rozwijać, Łukasz nie może być jednocześnie jego trenerem, organizatorem, menadżerem i człowiekiem od wszystkiego.
Czas na kolejny etap
Dzisiaj przed klubem stoi kolejny ważny krok – nowa siedziba Fighters Dojo. To właśnie tam Łukasz chce stworzyć miejsce, które będzie kolejnym etapem rozwoju klubu. Równolegle buduje kadrę trenerów i przygotowuje osoby, które w przyszłości będą mogły przejąć od niego część obowiązków.
Po kilku latach prowadzenia klubu coraz wyraźniej widzi, że jego rola musi się zmieniać. Chce nadal trenować i być na macie, ale jednocześnie coraz więcej uwagi poświęcać organizacji i dalszemu rozwojowi Fighters Dojo. Zbudowanie zespołu, który będzie potrafił działać razem z nim, jest więc naturalnym kolejnym krokiem.
Bo kiedy spojrzeć na drogę, którą przeszedł od momentu przejęcia Fighters Dojo, skala tej zmiany robi wrażenie. Z niewielkiej grupy stworzył miejsce, które dziś łączy setki osób, daje dzieciom przestrzeń do rozwoju, wychowuje zawodników i przyszłych trenerów. A jednak, kiedy opowiada o swojej pracy, najczęściej wraca nie do medali, a do ludzi. Do dzieciaków, które dopiero zaczynają treningi i przygodę ze sportem. Do zawodników, którzy wspierają się podczas zawodów na arenie międzynarodowej. Do rodziców, z którymi po latach łączą go przyjaźnie. Bo Fighters Dojo to ostatecznie nie jest tylko klub karate. To grupa ludzi, których połączyła wspólna pasja.
A Łukasz?
On chyba po prostu nadal jest tym samym dzieciakiem, który kiedyś patrzył przez szybę z zafascynowaniem i chciał wejść na salę.
Tylko teraz to on stoi po drugiej stronie.












Dodaj komentarz